Z Elżbietą Wrotek, rekolekcjonistką i autorką książek o Bożej ekonomii w małżeństwie i rodzinie, rozmawia Radek Molenda.

Prowadząc konferencje o zarządzaniu finansami w rodzinie, mówi Pani z mężem o ekonomii świata i ekonomii Bożej. Na czym ta druga się opiera?

W ekonomii świata jesteśmy właścicielami dóbr i zasobów, którymi zarządzamy, by osiągnąć zysk. W Bożej ekonomii człowiek jest jedynie, i aż, zarządcą tego, co otrzymał od Boga. Dobrze to pokazuje przypowieść o talentach (por. Mt 25,14-30). „Ziemia, i wszystko, co ją napełnia”, należy do Pana (Ps 24), i On to „wszystko złożył pod nasze stopy” (Ps 8), byśmy tym zarządzali. Jeśli to zrozumiemy, nie będzie w nas napięcia, że – pozornie – wszystko zależy od nas. Mamy zarządzać wszystkim tak, jak chce Właściciel, dlatego trzeba się wsłuchiwać w Jego wolę. I być nie byle jakim zarządcą, ale „sługą wiernym”. A Bóg sam dba o zarządcę i hojnie pozwala mu ze swojej własności korzystać. Dba o wszystkie nasze potrzeby, ale nie obiecuje, że będzie spełniał nasze zachcianki.

Maz zona i kasa

Pismo Święte jako poradnik Bożej ekonomii?

W Biblii znajdziemy ok. 2,5 tys. rad dotyczących tej materii. Na 38 przypowieści Jezusa aż 16 porusza te kwestie. Czytając Pismo Święte, nabywamy wrażliwości, w jaki sposób podchodzić do pieniędzy, bogactwa, dóbr materialnych. Bóg ufa nam i powierza swoje dobra. I ustanawia „menedżerami”.

Co Biblia mówi o zarządzaniu pieniędzmi?

Po pierwsze, warto zrobić bilans majątkowy, aby zobaczyć, czym zostaliśmy obdarowani i czym zarządzamy. Trzeba uczyć się być wdzięcznymi, cieszyć się z tego, co jest w naszym zarządzie. Po drugie, nie porównywać się z innymi, że mają więcej. Komu więcej dano, od tego więcej się wymaga (por. Łk 12, 48). Rozważając przypowieść o talentach, warto uświadomić sobie, że jeden talent to 33 kg srebra lub złota. Tak więc mając „tylko” jeden talent, już mamy bardzo wiele.

Po trzecie, nie zamartwiać się. Bóg zaspokaja nasze potrzeby (por. Mt 6,25). I unikać chciwości (por. Hbr 13,5), która koncentruje nas nie na Dawcy, ale na otrzymanym dobru.

Warto skorzystać z rady, aby żyć prosto, skromnie, wypełniając to, do czego Bóg nas posyła (por. 1Tes 4,11-12). Im więcej posiadamy, tym bardziej się o to martwimy. Charakterystyczne jest, że proste życie zaczynamy doceniać, kiedy już mamy swoje lata i z perspektywy czasu widzimy, że pogoń za wieloma rzeczami była nieistotna, nie dała nam zaspokojenia.

Jak praktycznie zarządzać pieniędzmi według Bożej ekonomii?

Jedną z najważniejszych spraw jest planowanie. Zanim zaczniemy pieniądze wydawać lub inwestować, warto sprawdzić, na co nas stać. W parafii prowadzimy kursy finansowe Crown, których uczestnicy uczą się robienia budżetu rodzinnego i korzystania z niego. Można jednak bez żadnych kursów wziąć kartkę, zapisać na niej miesięczne dochody, premie, odsetki itp., a także wszystkie planowane wydatki, np. żywnościowe, transportowe, ubraniowe, higieniczne, zdrowotne i oczywiście opłaty. Kontrola realizacji budżetu w ciągu miesiąca polega na rejestrowaniu wydatków i sprawdzaniu, czy nie przekraczają kwot zaplanowanych w poszczególnych kategoriach budżetu.

Co zrobić, jeśli przekraczają?

To moment na wdrożenie planu naprawczego. Trzeba popatrzeć, z których wydatków możemy zrezygnować lub które ograniczyć. Można również pomyśleć, jak bez uszczerbku dla np. czasu dla rodziny zwiększyć dochody, i uwzględnić to w planie budżetu domowego na kolejny miesiąc.
Robiąc plan wydatków ważne jest, by rozróżnić potrzeby od pragnień i zachcianek. I, jeśli mamy problem postawiony w pana pytaniu, z góry przyjąć, że w pierwszej kolejności zaspokajamy potrzeby, potem – jeśli w budżecie mamy na to środki – pragnienia, a zachcianki – tylko od święta, jeśli nas na nie stać.
Wiemy z doświadczenia pracy z małżeństwami, że zbieranie paragonów i potem spisywanie kolejnych wydatków wymaga dyscypliny. Warto to jednak robić, bo okazuje się, że wiele osób nie wie nawet, jak wiele wydaje np. na żywność. To, co z reguły można zrobić od razu, to ograniczyć jedzenie na mieście na rzecz tańszych posiłków w domu.

Wielu wydatków nie da się zredukować.

To prawda, że trudno ograniczać np. wydatki na dom. Warto jednak zastanowić się, jakiego domu naprawdę potrzebujemy. Wiele osób bierze wysoko oprocentowane kredyty na mieszkania dla nich za duże, które nie są potrzebą, ale zachcianką. Podobnie z samochodami. I chcemy mieć wszystko od razu. W rezultacie zadłużamy się, obciążamy nasz budżet na to, z czego w pełni nie korzystamy lub bez czego możemy się obejść. Moja rada: zaczynajmy od rzeczy małych, na które nas stać lub na które możemy w przewidywalnym okresie zaoszczędzić. I stopniowo, wraz z powiększaniem się rodziny, starać się o większe mieszkanie czy samochód.

W budżecie domowym proponowanym przez Wrotków znajdziemy nie tylko dochody i rozchody. Jest także miejsce na oszczędności.

Oszczędzać warto nie dla samego oszczędzania, ale w konkretnym celu, choć w istocie zawsze chodzi o to samo: aby nie musieć pożyczać, zadłużać się. Warto być przewidującym. Jeśli nam się finansowo powodzi – to dobry czas na gromadzenie zapasów. Tak jak mrówki gromadzą zapasy na zimę, tak my możemy oszczędzać, np. na wydatki okresowe, nieprzewidziane naprawy, na wypadek choroby lub utraty pracy zarobkowej, a nawet na emeryturę. Aby oszczędzać, nie trzeba wiele zarabiać. Wystarczy odkładać nawet małe kwoty, byle regularnie. Oszczędzanie zawsze kosztuje mniej, niż pożyczanie!

Mają Państwo w tej materii jakieś swoje doświadczenia?

Mieliśmy w naszej rodzinie okres bez dochodów i finansowo było ciężko. Postanowiliśmy wtedy, że gdy znowu przyjdzie lepszy czas, będziemy żyć skromniej po to, aby zgromadzić oszczędności, które pomogą przetrwać, gdyby sytuacja się powtórzyła. Ponownie przyszły dla nas „tłuste lata” więc oszczędzaliśmy, zgodnie z radą biblijną, i gdy ponownie nastały „lata chude”, przeżyliśmy ten czas spokojnie, korzystając z oszczędności.

A jeśli już musimy zaciągnąć dług?

Jeśli pożyczamy, trzeba oddać. Stary Testament porównywał dług do niewoli. Również dzisiaj stajemy się – aż do momentu spłaty zobowiązania – od wielu ludzi i spraw zależni. Oczywiście są sytuacje, że musimy posiłkować się kredytem, gdy np. chcemy kupić mieszkanie. Wtedy zadbajmy, by nasz wkład własny był jak najwyższy, aby nawet ewentualny spadek wartości kupowanej na kredyt ruchomości lub nieruchomości zabezpieczał możliwość spłaty całego kredytu. Warto skorzystać z prowadzonego przez NBP portalu http://www.zanim-podpiszesz.pl. Znajdziemy tam wskazówki dotyczące brania kredytu czy pożyczki.
Zaciąganie kolejnego kredytu po to, by spłacić poprzedni, to bardzo ryzykowny pomysł, który nic nie rozwiązuje, lecz sprawia, że szybciej „toniemy”. Jeśli mamy problem ze spłacaniem rat kredytu, warto podjąć rozmowę z wierzycielem, omówić naszą sytuację i znaleźć wspólnie satysfakcjonujące i możliwe do zrealizowania rozwiązanie.

Jak podchodzić do pożyczania znajomym lub od znajomych?

Dług pozostaje długiem, bez względu na to, od kogo pożyczamy. Warto umówić się od razu na sposób spłaty, najlepiej na piśmie i z zabezpieczeniem, np.: „Jeśli nie będę w stanie spłacić ci pożyczki, oddam ci swój komputer/samochód”. To, paradoksalnie, ratuje przyjaźń. Nie zaczynamy przechodzić na drugą stronę ulicy, widząc wierzyciela. A czy w ogóle pożyczać innym? Bóg prosi nas, byśmy byli miłosierni, ale i mądrzy. Sytuacja finansowa każdej osoby i powód, dla którego chce ona pożyczyć pieniądze, są inne.

A co z poręczeniami?

Tego Pismo Święte nie zabrania, ale przed tym przestrzega. Pamiętajmy jednak, że poręczając komuś kredyt, jako „dłużnik solidarny” potencjalnie przejmujemy jego spłatę. Jeśli ktoś nie będzie spłacać rat kredytu, bank sięgnie po pieniądze osoby, od której je najłatwiej uzyska. Jeśli mamy np. stałe dochody, to jesteśmy pierwsi „na liście”. Poręczajmy do takiej wysokości kredytu, jaki sami jesteśmy w stanie spłacać, nie większej. Inaczej może nas to zrujnować.

W budżecie jest także rubryka: „darowizna”.

Jeśli mamy zdrowy, chrześcijański stosunek do dóbr, będzie to tak samo ważna rubryka, jak inne. Nasza ofiarność nie musi być zależna od impulsów i okoliczności, ale zaplanowana i odłożona. Jesteśmy odpowiedzialni za wspólnotę Kościoła oraz pomoc ubogim. W Starym Testamencie Izraelici składali Bogu dziesięcinę, tj. 10 proc. dochodów. My z mężem też tyle przeznaczamy na ofiary dla Kościoła. Dobrze też wspomagać jałmużną potrzebujących. Czasami stać nas na niewiele, ale niech to będzie wkalkulowane w nasze wydatki. Nie żyjemy tylko dla siebie. To zresztą nie muszą być pieniądze, ale pomoc rzeczowa, poświęcenie dla innych naszych zdolności i czasu. Bóg nie potrzebuje naszych pieniędzy, ale „radosnego dawcę miłuje” (por. 2 Kor 9,7). Chciejmy być wiernymi zarządcami Bożej własności.

www.idziemy.pl